Urodziłem się siedemnastego listopada tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku w Międzyrzecu Podlaskim, niewielkim miasteczku, w którym zimą skrzypi śnieg, a latem powietrze drga od zapachu pól. Od wczesnych lat świat zdawał mi się ogromną, niekończącą się strukturą splecioną z nici światła i cienia. Codzienność – niby zwyczajna – była dla mnie siecią symboli, które należało odczytać, aby dostrzec pulsujące pod powierzchnią życie kosmosu. Mały chłopiec z notesem pełnym szkiców patrzył w rozgwieżdżone niebo, wiedząc, że pośród tych samych gwiazd krąży pytanie o to, kim jesteśmy wobec nieskończoności. Każda kreska, którą stawiałem ołówkiem, była próbą odpowiedzi, a zarazem stawała się kolejnym pytaniem, wołaniem o dalszy ciąg opowieści. Tak narodziła się we mnie potrzeba ciągłego dialogu z Czasem, którego trzy ramiona – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – splątane są w wieczny taniec.
W latach osiemdziesiątych, gdy tyle rzeczy w Polsce ulegało gwałtownej przemianie, mój osobisty wszechświat nabrał intensywnych barw. Pochłaniałem albumy o malowidłach jaskiniowych i tekstach filozofów, czytałem o kręgach kultur starożytnych, a potem, w ciemnościach własnej pracowni, usiłowałem przełożyć ten ogrom dziedzictwa na język formy. Powstawały cykle rysunkowe, w których geometryczne podziały odkrywały rytm podobny do oddechu Ziemi. Gdy patrzę wstecz, widzę, że to właśnie wtedy zacząłem świadomie budować most między geometrią a duchowością. Nie chodziło mi nigdy o same figury – w każdej linii drżała natrętna myśl, że materia jest tylko cieniutką skórką nakrytą na bezdenny ocean znaczeń. W tym czasie uczyłem się także pokory; każde płótno, które niszczyłem i każdy pigment, który zbyt odważnie położyłem na podkład, przypominał mi, że sztuka wymaga cierpliwości i nieustannego przekraczania własnych ograniczeń.
Przełomowym momentem była dla mnie Pomorska Akademia Pedagogiczna w Słupsku, na której w dwa tysiące trzecim roku podjąłem studia podyplomowe. To tam po raz pierwszy usłyszałem zdanie, że „linia potrafi brzmieć jak dźwięk, a kolor może zamilknąć”. Brzmiało paradoksalnie, lecz wydobyło ze mnie nową iskrę twórczego buntu. Zacząłem eksperymentować z relacją barwa–cisza: ustawiałem kolory w kadrach tak, jakby były akordami muzycznymi, testowałem, kiedy czerwień pulsuje, a kiedy koi jak oddech przed zaśnięciem. Równolegle zgłębiałem tradycje malarstwa ikonowego i minimalizmu XX wieku, próbując znaleźć własną drogę pomiędzy skrajnościami: realizmem kości a abstrakcyjną wizją Absolutu. Z każdym semestrem coraz wyraźniej rozumiałem, że najważniejsza jest energia krążąca pomiędzy formą a patrzącym; że sztuka staje się bramą tylko wtedy, gdy widz odczuwa drżenie powietrza, nim jeszcze nazwie to, czego doświadcza.
Dziś moje płótna i obiekty trafiają zarówno do galerii, jak i prywatnych kolekcji w Polsce oraz za granicą, lecz najcenniejsze pozostają dla mnie spotkania z ludźmi, którzy zatrzymują wzrok na momencik dłużej niż by wymagała tego pobieżna ciekawość. W ich spojrzeniu rozpoznaję pytanie, które kiedyś zadał dziś już martwy chłopiec spoglądający w niebo: „czy można dotknąć nieskończoności?”. Staram się wtedy nie udzielać gotowej odpowiedzi. Zamiast tego zapraszam do przejścia wzdłuż osi czasu, którą układam z kolejnych obrazów, grafik i form przestrzennych. Może w tych geometrycznych strukturach, rozbłyskach błękitu i cichej sekwencji czerni ktoś odkryje własne kosmiczne pytanie. A jeśli tak się stanie, ja – autor – przestaję być przewodnikiem; staję się współwędrowcem, bo sztuka zawsze prowadzi dalej niż można przewidzieć.